czwartek, 30 marca 2017
Dlaczego jeszcze się nie zabiłam?
Czasami powiesiłabym się na klamce od biura, żebyście sobie poczekali. Żebyście nie dostali tej pieprzonej faktury. Żebyście mogli ponarzekać, że wam się spieszy. Przykro mi, ale nie jesteście tego warci.
Po takim dniu chciałoby się wrócić do domu i odpocząć. Tylko najpierw trzeba go mieć. Niestety - ja mam tylko łóżko, które mogę zajmować o ile się dostosuję. Słabo, co?
Można się przeprowadzić. Na przykład z przyjaciółką. Albo z przyjaciółką i jej chłopakiem. Albo i nie, bo przecież mogłabym jej go odbić. Stop. Mówiłam przyjaciółką? Już więcej jej tak nie nazwę.
Czasami chciałoby się wypiąć na nich swoją, zimną już, dupę. Zimną, w sensie martwą. Choćby na złość. Na złość wszystkim.
Więc właściwie dlaczego nie?
Odpowiedź nie przychodzi naturalnie, choć chyba powinna.
Pierwszą myślą jest nadzieja. Nadzieja, że warto się przemęczyć. Że kiedyś zapomnę o maratonie porażek, w którym właśnie biegnę. Albo, że nie zapomnę, ale okaże się, że naprawdę było warto. Już raz tak myślałam. Może i dwa. Chyba nie muszę mówić, że skutki takich myśli zazwyczaj są opłakane?
Druga jest już bardziej przekonywująca - chciałabym pozostawić po sobie lepszy obraz. Nie portret rozhisteryzowanej dziewczynki. Nie chcę zwracać na siebie uwagi, jednocześnie nie chcąc zniknąć niezauważoną. Jest mi głupio za błędy, które popełniłam. To by ich nie przekreśliło. Raczej uwydatniło. No way!
Zrobiło się zbyt depresyjnie - jest jeszcze trzeci powód - gdybym miała się zabić, zrobiłabym najpierw te wszystkie rzeczy, na które brakowało mi odwagi. Czasami miewam świadome sny. Codziennie zasypiając liczę na to, że znów mi się taki przytrafi, ale przecież to już nie te czasy, kiedy w takich snach próbowałam latać. Każdy dzień jest takim samym "świadomym snem" a jedynym co mnie powstrzymuje przed jego wykorzystaniem w taki sam sposób jest strach przed konsekwencjami. Właściwie świadomość konsekwencji. Ale skoro miałabym być martwa.. Wcześniej odwiedziłabym kilka osób a później poszła gdzieś na koniec świata.
Chyba zbliżam się do końca. Czwórka. "Gdyby miało nie być jutra..." wolałabym już wyjechać na jakąś misje, najchętniej do Afryki. Szkoda marnować rąk, którymi można komuś pomóc. Po prostu.
Piątka będzie ostatnia. To i tak nadejdzie. Mimo tego podłego poczucia bezradności, bezsensu i bezniewiadomoczegojeszcze czasami kocham moje życie. Wystarczy, że zaświeci słońce a ja cieszę się, że mogę wyjść z domu bez kurtki. Cieszę się, że potrafię dostrzegać piękno w tym całym bałaganie.
Tylko kiedy już wiem, że muszę żyć dalej pojawia się kolejny problem - jak nie zrobić z życia wyroku śmierci z odwleczonym terminem? Pomyślę o tym.
piątek, 10 lutego 2017
Jak tak naprawdę "wyjść z przegrywu"?
Już od podstawówki zmieniałam swoje życie.
Planowałam, że wszystko będzie inaczej. Tygodniami się głodziłam, wstawałam zimą o 5 rano i wychodziłam pobiegać. W jeden dzień sprzątałam całe mieszkanie, wyrzucałam połowę ubrań i niepotrzebnych przedmiotów. Przez tydzień uczyłam się codziennie i przepisywałam wszystkie zeszyty.
Szukałam czegoś na kształt miłości i dokładnie coś takiego udawało mi się znaleźć.
Budowałam przyjaźnie z tymi, którzy akurat byli dostępni. Byle by to wszystko pasowało do mojego "idealnego planu".
Zazwyczaj mój entuzjazm spadał, stracone kilogramy wracały i zanim się obejrzałam siedziałam w bałaganie i oglądałam mało ambitne filmy na dzień przed ważnym sprawdzianem.
Miałam wielkie ambicje i epizodyczną motywację.
Za chwilę skończę 21 lat a gdy ktoś pyta co osiągnęłam... Jest mi głupio.
Pewnie mogłabym coś odpowiedzieć. Ale chcę być pewna. Chcę być z siebie dumna.
Właściwie nie mam pewności, że teraz będzie inaczej. Wiem tylko, co jest teraz - widzę, że coś się zmieniło. Na lepsze.
Wróciłam do weganizmu. I nie jest to pusta deklaracja - obiecałam sobie że za każde świadome odstępstwo od tego postanowienia będę wpłacać 50 złotych na pewną organizację. Nagle okazuje się że moje słabości są warte nieco mniej.
Wiem, jak ludzie z poza środowiska reagują na wegan, dlatego nie będę dalej o tym pisać. Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć, internet aż roi się od informacji.
Kłótni mam dość - choćby w pracy.
Wprowadzam w życie dobre nawyki. Jeden po drugim.
Do tej pory udało mi się nauczyć nie zajadać nudy czy stresu, zupełnie zrezygnować z soków i innych słodkich napojów, zastąpić cukier ksylitolem, wyrobić nawyk mycia naczyń na bieżąco, od jakichś dwóch tygodni wychodzę też codziennie z psem na minimum 40 minutowy spacer, bez względu na pogodę i chęci. Nauczyłam się pić dużo wody, odzywczajam się od codziennego mycia włosów (strasznie je to zniszczyło)
Zaczęłam się uczyć w miarę regularnie i co w tym wszystkim najważniejsze naprawdę nie marnuję czasu.
Powoli wprowadzam kolejne zmiany - wstaję wcześniej w wolne dni, spotykam się z ludźmi, z którymi naprawdę lubię spędzać czas - choć na ten moment nie ma ich zbyt wielu. Jestem w trakcie wyrabiania karty Multisport, powoli rozglądam się też za stadniną, w której mogłabym się nauczyć jeździć konno, o czym zawsze marzyłam.
Może to wszystko nie brzmi tak spektakularnie jak "zmieniłam swoje życie! Jestem innym człowiekiem!" ale chyba właśnie w tym rzecz. Zamiast czekać na cud lepiej powoli pracować nad sobą.
Myślę że to dobry sposób dla osób które utknęły godzieś w czarnej dziurze prokrastynacji. Wprowadzam pozornie małe zmiany ale co za tym idzie zyskuję coś co było mi potrzebne, żeby osiągnąć coś więcej - kontrolę nad swoim życiem.
Zyskałam poczucie, że jeśli postawię sobie jakiś realny cel, to go zrelizuje.
Pomimo braku czasu, marnej pogody i bez względu na pozorne przeszkody.
Bez wymówek. :)
Pod koniec zrobię jeszcze reklamę aplikacji, która niezaprzeczalnie przyczyniła się do tej zmiany - 7 Weeks.
Apka do kształtowania nawyków.
Codzienne rozliczanie się z własnych postanowień było dla mnie drabiną do miejsca w którym się znalazłam i myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić ten sposób każdemu, kto ma podobny problem ;)
czwartek, 19 stycznia 2017
Jak to w końcu jest z tymi marzeniami?
Chciałam pisać. Kiedy ostatnio coś napisałam? Minęły dobre 2 miesiące. Czasami myślę, że to byłoby spełnienie moich marzeń. Ostatnio częściej widzę, że tak naprawdę to tylko kompromis. Wygodny, ale nadal kompromis. Kompromis między rzeczywistością, a marzeniami tak odległymi, że wstyd mi się do nich przyznać. Czyli jednak jakieś mam. Być może.
Może byłam jak Król z "Małego Księcia" - marzyłam o rzeczach, które zaraz miały się spełnić - tworzyłam rozsądne marzenia, tak jak on wydawał rozsądne rozkazy.
Czy możliwe jest, żeby marzenia powstające w takich okolicznościach były prawdziwe? Żeby miały znaczenie?
