Późna wiosna dwa i pół roku temu. Chodziłam jeszcze do technikum. Koniec roku to zawsze nadrabianie zaległości i poprawianie ocen, ale nie dla mnie. Ja spędzałam każdą wolną chwilę pisząc prace kontrolne dla mojej ciężarnej przyjaciółki. O ile przyjaciółką można nazwać kogoś, kto jest w ciąży z facetem, do którego wzdychałaś przez okrągły rok. Później nawet zostałam chrzestną ich syna. "Cóż. Trudno." stało się moją dewizą.
Straciłam szansę na prawdziwą miłość? Trudno.
Poświęcałam cały swój wolny czas i ani razu nie usłyszałam słowa "dziękuję"? Trudno.
Rezygnowałam z własnego szczęścia na rzecz ludzi, którzy na to nie zasługują? Cóż. Trudno.
Wydawało mi się wtedy, że plakietka z napisem "ALTRUISTKA" zastąpi mi samorealizację. Zbierałam odznaki, jak w drużynie harcerskiej.
Odznaka za pożyczenie pieniędzy i niedomaganie się zwrotu - zdobyta. Odznaka za przemianę w bezpłatną pomoc domową - zdobyta. Odznaka za jeżdżenie po mieście i odbieranie zdobyczy z forów typu "Mamusie oddają za darmo" - zdobyta. Kogo obchodzi, że przy okazji straciłam resztki poczucia własnej wartości. Asertywność? Komu to potrzebne. Przecież jestem dobra.
Straciłam szansę na prawdziwą miłość? Trudno.
Poświęcałam cały swój wolny czas i ani razu nie usłyszałam słowa "dziękuję"? Trudno.
Rezygnowałam z własnego szczęścia na rzecz ludzi, którzy na to nie zasługują? Cóż. Trudno.
Wydawało mi się wtedy, że plakietka z napisem "ALTRUISTKA" zastąpi mi samorealizację. Zbierałam odznaki, jak w drużynie harcerskiej.
Odznaka za pożyczenie pieniędzy i niedomaganie się zwrotu - zdobyta. Odznaka za przemianę w bezpłatną pomoc domową - zdobyta. Odznaka za jeżdżenie po mieście i odbieranie zdobyczy z forów typu "Mamusie oddają za darmo" - zdobyta. Kogo obchodzi, że przy okazji straciłam resztki poczucia własnej wartości. Asertywność? Komu to potrzebne. Przecież jestem dobra.
D.O.B.R.A. słyszycie?!
Tak, pewnie tak. Tylko kiedy wyrabiasz 110% normy, ktoś pyta dlaczego nie 120. Żadnych podziękowań. Żadnej wdzięczności. Bardzo długo nie widziałam, że krzywdzę samą siebie.
Wydawało mi się, że tylko tak coś znaczę - poświęcając się dla innych. Dałam sobie wmówić, że to mój obowiązek. Gdzieś po drodze przestałam wierzyć, że moje potrzeby też są istotne. Stałam się raczej dodatkowym wyposażeniem czyjegoś życia. Ważnym, jasne. Ale wciąż tylko dodatkiem.
Zaczęło do mnie docierać, że nie mogę tak żyć. Zaczęłam poznawać nowych ludzi i zastanawiałam się jak mogłabym wpłynąć na ich życie. Im więcej miałam im do zaoferowania, tym bardziej ich lubiłam, ba! Tym bardziej lubiłam siebie.
Sukces. Udało mi się być najbardziej bezinteresowną osobą, jaką znam. I co dalej? Ano nic. Im lepsza byłam, tym więcej się ode mnie wymagało. Więc zaczęłam odmawiać. Zbuntowałam się. Zaczęłam wymagać od innych wzajemności.
Nikt nawet nie udawał, że się stara.
Okazało się, że przez bycie "dobrą" nie zyskałam prawdziwych przyjaciół - raczej listę zleceń. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami - im więcej dla kogoś robimy, tym bardziej go lubimy, nie na odwrót. Dlaczego? Ponieważ potrzebujemy wytłumaczenia dla naszych poświęceń. Kto chciałby myśleć, że jest naiwny? Kto chce się czuć wykorzystany?
O wiele lepiej stwierdzić "robię to, bo go lubię.". Tylko, że to niekoniecznie prawda. Prawda jest bliższa stwierdzeniu "lubię go, bo to robię".
Nie wierzę już w karmę. Wierzę w wymagania. Dostajesz od innych tyle, ile oczekujesz. Jesteśmy zaprogramowani na spełnianie oczekiwań. Od dziecka boimy się, że im nie sprostamy. Musisz się dobrze uczyć. Musisz być grzeczny. Musisz być miły dla cioci/babci/sąsiadki.
Tak, pewnie tak. Tylko kiedy wyrabiasz 110% normy, ktoś pyta dlaczego nie 120. Żadnych podziękowań. Żadnej wdzięczności. Bardzo długo nie widziałam, że krzywdzę samą siebie.
Wydawało mi się, że tylko tak coś znaczę - poświęcając się dla innych. Dałam sobie wmówić, że to mój obowiązek. Gdzieś po drodze przestałam wierzyć, że moje potrzeby też są istotne. Stałam się raczej dodatkowym wyposażeniem czyjegoś życia. Ważnym, jasne. Ale wciąż tylko dodatkiem.
Zaczęło do mnie docierać, że nie mogę tak żyć. Zaczęłam poznawać nowych ludzi i zastanawiałam się jak mogłabym wpłynąć na ich życie. Im więcej miałam im do zaoferowania, tym bardziej ich lubiłam, ba! Tym bardziej lubiłam siebie.
Sukces. Udało mi się być najbardziej bezinteresowną osobą, jaką znam. I co dalej? Ano nic. Im lepsza byłam, tym więcej się ode mnie wymagało. Więc zaczęłam odmawiać. Zbuntowałam się. Zaczęłam wymagać od innych wzajemności.
Nikt nawet nie udawał, że się stara.
Okazało się, że przez bycie "dobrą" nie zyskałam prawdziwych przyjaciół - raczej listę zleceń. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami - im więcej dla kogoś robimy, tym bardziej go lubimy, nie na odwrót. Dlaczego? Ponieważ potrzebujemy wytłumaczenia dla naszych poświęceń. Kto chciałby myśleć, że jest naiwny? Kto chce się czuć wykorzystany?
O wiele lepiej stwierdzić "robię to, bo go lubię.". Tylko, że to niekoniecznie prawda. Prawda jest bliższa stwierdzeniu "lubię go, bo to robię".
Nie wierzę już w karmę. Wierzę w wymagania. Dostajesz od innych tyle, ile oczekujesz. Jesteśmy zaprogramowani na spełnianie oczekiwań. Od dziecka boimy się, że im nie sprostamy. Musisz się dobrze uczyć. Musisz być grzeczny. Musisz być miły dla cioci/babci/sąsiadki.
Chrzanić to.
Po pierwsze, musisz nauczyć się dostrzegać własne potrzeby. Po drugie - realizować je. Cała reszta w dalszej kolejności.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz