czwartek, 19 stycznia 2017

Jak to w końcu jest z tymi marzeniami?



Czy marzenia naprawdę cokolwiek znaczą? Czy my w ogóle wiemy, o czym tak naprawdę marzymy? Może tylko nielicznych stać na prawdziwe cele, może reszta jest jak rozhisteryzowane czterolatki tupiące nogą w sklepie z zabawkami? Śnimy o utopii, a zakochujemy się w klockach na wystawie, by następnego dnia zapomnieć o nich na rzecz konika na biegunach.
To tylko hipoteza. Spostrzeżenie.
Chciałam pisać. Kiedy ostatnio coś napisałam? Minęły dobre 2 miesiące. Czasami myślę, że to byłoby spełnienie moich marzeń.  Ostatnio częściej widzę, że tak naprawdę to tylko kompromis. Wygodny, ale nadal kompromis. Kompromis między rzeczywistością, a marzeniami tak odległymi, że wstyd mi się do nich przyznać.  Czyli jednak jakieś mam. Być może.
Podobno chciałam studiować psychologię. Podobno zawsze. Pojutrze mam ważny egzamin. Praktycznie nic nie umiem. Miałam urlop. Zamiast się uczyć oglądałam seriale.  Jak lenistwo może wygrać z marzeniami?!
No i ostatni punkt. Nie mniej ważny. Dlaczego zawsze kocham osoby, które są najbardziej dostępne? Które wydaje mi się, że są? Może tak bardzo chciałam przeżyć miłość jak z bajki, że tworzyłam nową opowieść dla każdej kolejnej żaby? Może sęk w tym co chciałam czuć, nie w tym co faktycznie czułam? Może tak bardzo chcę spełniać marzenia, że nie zastanawiam się, czy są moje?
Może byłam jak Król z "Małego Księcia" - marzyłam o rzeczach, które zaraz miały się spełnić - tworzyłam rozsądne marzenia, tak jak on wydawał rozsądne rozkazy.
Czy możliwe jest, żeby marzenia powstające w takich okolicznościach były prawdziwe? Żeby miały znaczenie?
Naprawdę chciałabym mieć jakieś. Mam tylko pomysły. Pomysły, których łapię się kurczowo i które staram się uczynić epicentrum mojego wszechświata. I wtedy jestem jak to dziecko turlające się po podłodze, żeby tylko dostać te klocki. Klocki, które dzień później być może rzuciłabym w kąt.
Może (wracając do psychologii) to tylko błąd pewności wstecznej? Może naprawdę marzyłam o tym wszystkim, co teraz nie ma dla mnie znaczenia? Może pozbawiam znaczenia to, czego nie mogę mieć, żeby łatwiej było się z tym pogodzić? Sama nie wiem.
Po prostu chciałabym mieć cel w życiu. Cel, do którego dążenie byłoby instynktowne, jednak nic na siłę. Może marzenia mogą być racjonalne? Takie z rozumu, nie z serca?
Może powinnam sobie jakieś ustalić?
Może.
Ale z tym jeszcze poczekam. Jeszcze pomarzę, że jakieś marzenie znajdzie mnie samo.

poniedziałek, 17 października 2016

Olej bycie dobrym człowiekiem.






Późna wiosna dwa i pół roku temu. Chodziłam jeszcze do technikum. Koniec roku to zawsze nadrabianie zaległości i poprawianie ocen, ale nie dla mnie. Ja spędzałam każdą wolną chwilę pisząc prace kontrolne dla mojej ciężarnej przyjaciółki. O ile przyjaciółką można nazwać kogoś, kto jest w ciąży z facetem, do którego wzdychałaś przez okrągły rok. Później nawet zostałam chrzestną ich syna. "Cóż. Trudno." stało się moją dewizą.
Straciłam szansę na prawdziwą miłość? Trudno.
Poświęcałam cały swój wolny czas i ani razu nie usłyszałam słowa "dziękuję"? Trudno.
Rezygnowałam z własnego szczęścia na rzecz ludzi, którzy na to nie zasługują? Cóż. Trudno.
Wydawało mi się wtedy, że plakietka z napisem "ALTRUISTKA" zastąpi mi samorealizację. Zbierałam odznaki, jak w drużynie harcerskiej.
Odznaka za pożyczenie pieniędzy i niedomaganie się zwrotu - zdobyta. Odznaka za przemianę w bezpłatną pomoc domową - zdobyta. Odznaka za jeżdżenie po mieście i odbieranie zdobyczy z forów typu "Mamusie oddają za darmo" - zdobyta. Kogo obchodzi, że przy okazji straciłam resztki poczucia własnej wartości. Asertywność? Komu to potrzebne. Przecież jestem dobra.
 D.O.B.R.A. słyszycie?!
Tak, pewnie tak. Tylko kiedy wyrabiasz 110% normy, ktoś pyta dlaczego nie 120. Żadnych podziękowań. Żadnej wdzięczności. Bardzo długo nie widziałam, że krzywdzę samą siebie.
Wydawało mi się, że tylko tak coś znaczę - poświęcając się dla innych. Dałam sobie wmówić, że to mój obowiązek. Gdzieś po drodze przestałam wierzyć, że moje potrzeby też są istotne. Stałam się raczej dodatkowym wyposażeniem czyjegoś życia. Ważnym, jasne. Ale wciąż tylko dodatkiem.
Zaczęło do mnie docierać, że nie mogę tak żyć. Zaczęłam poznawać nowych ludzi i zastanawiałam się jak mogłabym wpłynąć na ich życie. Im więcej miałam im do zaoferowania, tym bardziej ich lubiłam, ba! Tym bardziej lubiłam siebie.
Sukces. Udało mi się być najbardziej bezinteresowną osobą, jaką znam. I co dalej? Ano nic. Im lepsza byłam, tym więcej się ode mnie wymagało. Więc zaczęłam odmawiać. Zbuntowałam się. Zaczęłam wymagać od innych wzajemności.
Nikt nawet nie udawał, że się stara.
Okazało się, że przez bycie "dobrą" nie zyskałam prawdziwych przyjaciół - raczej listę zleceń. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami - im więcej dla kogoś robimy, tym bardziej go lubimy, nie na odwrót. Dlaczego? Ponieważ potrzebujemy wytłumaczenia dla naszych poświęceń. Kto chciałby myśleć, że jest naiwny? Kto chce się czuć wykorzystany?
O wiele lepiej stwierdzić "robię to, bo go lubię.". Tylko, że to niekoniecznie prawda. Prawda jest bliższa stwierdzeniu "lubię go, bo to robię".
Nie wierzę już w karmę. Wierzę w wymagania. Dostajesz od innych tyle, ile oczekujesz. Jesteśmy zaprogramowani na spełnianie oczekiwań. Od dziecka boimy się, że im nie sprostamy. Musisz się dobrze uczyć. Musisz być grzeczny. Musisz być miły dla cioci/babci/sąsiadki. 
Chrzanić to. 
Po pierwsze, musisz nauczyć się dostrzegać własne potrzeby. Po drugie - realizować je. Cała reszta w dalszej kolejności.